A kiedyś łopotał tu sztandar konfederatów barskich...

Śladami Konfederacji Barskiej w regionie

Bitwa Konfederatów barskich z Drewiczem pod Wysową


Posiadając wykonaną rekonstrukcję obozu (dostępna pod tym linkiem) można pokusić się o odtworzenie przebiegu bitwy stoczonej z Rosjanami w sierpniu 1770 r.

Na początku lipca 1770 roku Generalność przechwyciła listy rosyjskiego generała, Kreczetnikowa. Przekazuje je niezwłocznie do Pułaskiego (w Izbach), Przyłuskiego (w Koniecznej) oraz Radzymińskiego (w Muszynce). Zapewne dotyczyły one planów Rosjan, pacyfikacji konfederackich obozów. Niemal w tym samym czasie, 26 lipca wyruszył z Krakowa Drewicz, zmierzając w góry w celu pobicia Pułaskiego. Prowadził oddział 3200 ludzi złożony z grenadierów, karabinierów, kozaków oraz niewielkiej liczby jegrów (strzelców wyborowych). Dodatkowo posiadał dwie 3-funtowe armaty. W Zakliczynie, od schwytanych konfederatów Drewicz dowiedział się o obecności w górach rosyjskiego oddziału pod dowództwem kniazia Szachowskiego. Natychmiast wysyła umyślnego z propozycją, by każdy uderzył na jeden z obozów – Drewicz na Wysową, kniaź Szachowski na Konieczną. Po pewnych oporach Szachowski zgodził się podejść pod Konieczną, tam okopać się i uderzyć na szaniec.

Generalność zakładała, że główny odpór mają dać siły konfederackie połączone w obozie pod Wysową, dowodzone przez Pułaskiego. Takie też ordynanse skierowano do dowódców oddziałów, jak również do dowódcy załogi w Koniecznej, Józefa Przyłuskiego. Rozkaz nie został jednak wykonany (?!). Generalność powtórzyła go ponownie kilka dni później - z takim samym skutkiem… Było to trudne do wyjaśnienia, być może niesubordynacja Przyłuskiego wynikała z tego, że podlegał Miączyńskiemu. Stało się tak, że przeszło 3-tysięcznemu korpusowi Drewicza w Wysowej, stawiła czoła niespełna czterystuosobowa, a nie prawie tysięczna załoga.

Oddziały Drewicza podążając doliną Białej, przeszły przez Grybów, depcząc po piętach konfederatom wycofującym się ku Wysowej. Rosjanie po doniesieniach o opuszczonym obozie konfederatów w Izbach, udali się poprzez Śnietnicę i Stawiszę do Hańczowej. Tu stanęli około południa, w czwartek 2 sierpnia 1770 roku.

Generalność pomimo zaleceń wycofania się, posłała Pułaskiemu dla wzmocnienia ducha 500 czerwonych złotych oraz 400 pałaszy. Równocześnie, zdając sobie sprawę z przewagi przeciwnika, zabezpieczyła odwrót za austriacką granicę. Gwarancję bezpieczeństwa dał sam dowódca granicznego kordonu, generał Esterhazy, który w tym celu skierował 50-60 żołnierzy nad granicę. Warunkiem było złożenie broni oraz wycofanie się bez zmieszania się z wojskami rosyjskimi. W pierwszej kolejności rekomendowano wycofanie artylerii, której strata byłaby dla konfederatów znacznym ciosem. Austriacy zadeklarowali odparcie siłą Rosjan, gdyby ci przekroczyli granicę za Polakami. Incydent taki byłby im nawet na rękę, gdyż mógłby spowodować interwencję cesarską. Tak więc Pułaski mógł uważać swoje tyły za osłonięte. Załogę obozu stanowiło niespełna 400 konfederatów. Trzon stanowiła stała obsada „Izb” w sile 300 ludzi. Pozostałych 80-90 konfederatów to była załoga obozu wysowskiego oraz huzarzy Pułaskiego.

3 sierpnia 1770 roku Drewicz uderzył na konfederackie pozycje. Rosjanie zdobyli tylko wzgórze 598,7 m n.p.m., znajdujące się najbliżej Wysowej. Pozycja ta była stosunkowo bezpieczna, ponieważ znajdowała się poza zasięgiem konfederackich dział baterii z Jawora. Te nieudane próby pacyfikacji Rosjanie musieli okupić niewątpliwie sporymi stratami. Drewicz widzi, że z marszu nie pokona konfederatów – było dla niego jasne, że nawet jeżeli uda mu się zdobyć obóz, konfederaci bez większego szwanku zdołają wycofać się za kordon austriacki na Węgry. Całe przedsięwzięcie nabrałoby sensu, jeśliby odciął Polakom drogę odwrotu. Ale, to bez incydentu między cesarstwami, nie byłoby jednak możliwe. Ucieka się do podstępu.

Rozpoczął pertraktacje z oficerem korpusu granicznego, którego do swoich racji przekonał zapewne przemawiając do jego kieszeni. Pomogła mu w tym również niefortunna redakcja rozkazu Esterhazego, który znała również Generalność i wzięła za dobrą monetę. Drewicz realizując swój plan odcięcia drogi odwrotu z obozu sprawiłby, że rozkaz byłby niewykonalny, a Austriacy mogliby stać spokojnie do końca bitwy z dobrą wymówką. Po uzgodnieniu szczegółów cesarski korpus graniczny cofnął się na uzgodnione 3 tys. kroków od granicy. W praktyce oznaczało to północną część Cigelki.

Noc z 3 na 4 sierpnia bynajmniej nie była spokojna. Konfederaccy husarzy kilkukrotnie podejmowali działania zaczepne, czyniąc wycieczki na pozycje rosyjskie. Dochodziło również do pojedynków strzeleckich między żołnierzami przeciwnych stron. W ich wyniku konfederaci stracili dwóch ludzi.

Sobota 4 sierpnia 1770 roku przyniosła bardzo niekorzystną dla Polaków pogodę. Od rana okolicę spowiła gęsta mgła. Rosjanie ponownie próbowali szczęścia atakując polskie pozycje. Dodatkowo oczyszczając teren i wyrąbując zasieki, czynili przygotowania do generalnego szturmu. Zapewne wtedy konfederaci zaczęli ewakuować artylerię na Węgry. Około godziny dziesiątej rozpoczął się generalny szturm. Drewicz zaatakował nie drogą między obozami, ale polami między drogami, wprost na mniejszą redutę pod szczytem. Najpierw uderzyli grenadierzy i karabinierzy. Konfederaci jednak zdołali ich odeprzeć. Kolejny atak przeprowadzili kozacy, i tych huzarzy zmusili do odwrotu. Po tych atakach Polacy zaczęli wycofywać się z mniejszego szańca.

W tej sytuacji Drewicz rzucił do decydującego ataku wszystkie siły. Działał jednak zgodnie z pierwotnym planem. Piechota zaatakowała północną ścianę głównego obozu, pnąc się w kierunku szczytu. Natomiast jazda uderzyła wzdłuż drogi na Węgry z wyraźnym celem obejścia szczytu i odcięcia drogi odwrotu. Konfederaci szybko zorientowali się co się dzieje – podzielili się na połowę. Pierwsza powstrzymywała kozaków na przesmyku, między potokiem a stokami Jawora. Druga walczyła na szczycie z piechotą, wycofując się w dół za granicę.

Do tego momentu konfederacka obrona przebiegała dosyć składnie. Konfederaci po polskiej stronie stracili jedynie dwóch ludzi. W trakcie szturmu strzelcom zapewne skończyły się ładunki, więc poszły w ruch bagnety, szable i siekierki. Huzarzy Pułaskiego bronili się dzielnie i zdołali zatrzymać kozaków, nie dopuszczając do zablokowania drogi odwrotu załodze głównego obozu.

Bitwa z Jawora przeniosła się na cigelskie pola. Część obrońców walczyła pieszo i wśród nich było najwięcej ofiar. Pozostali dopadłszy koni, zaczęli uciekać do wsi. Rosjanie napierali coraz mocniej, spychając konfederatów w dół. Wtedy podburzone węgierskie chłopstwo, z widłami i kosami zaczęło zastępować konfederatom drogę. Rannych dobijali bezpośrednio w polu. Tych którzy zdołali dopaść zabudowań bito, odbierano konie i rynsztunek. W tej fazie bitwy straty Polaków były znacznie większe i wyniosły 25 ludzi.

Rosjanie zatrzymali się około 500 kroków od granicy. Dopiero wtedy Austriacy wystąpili naprzód przed zabudowania i zaczęli rozbrajać konfederatów. Broń poskładano na kupy, a ludzi przetrzymano na placu obok wsi, od strony pola bitwy. Po tym oddziały Drewicza wróciły w granice Polski.

W nocy powstała bardzo niebezpieczna sytuacja. Z jednej strony pobojowiska obozowali bezbronni konfederaci, pilnowani zaledwie przez kilkudziesięciu żołnierzy cesarskich. Z drugiej, stał cały trzytysięczny korpus agresorów. W pewnym momencie Rosjanie zaczęli zbliżać się do Polaków. Ci niewiele się namyślając, zaczęli siłą lub przekupstwem odbierać broń i formować szyki do obrony. Na szczęście do ataku nie doszło.

Aby zapobiec ponownemu wybuchowi walk, nazajutrz, 5 sierpnia 1770 r. przeprowadzono konfederatów na drugą stronę wsi. Tutaj ponownie zostali rozbrojeni, a broń złożono w stodole. Miejscowa ludność była bardzo nieprzychylna. Wodę udostępniono dopiero po interwencji oficerów austriackich. Natomiast paszę dla koni zgodził się sprzedać jedynie pop. Z pobojowiska zdołano uratować 15. rannych. Z tej liczby, jeden w stopniu kapitana piechoty – zmarł i został pochowany w Cigelce.

Bezpośrednio po bitwie na cigelskich polach, doszło do spotkania między Drewiczem a Pułaskim. Uzgodniono wzajemną wymianę jeńców. Dwa dni później, po zniszczeniu obozów, wojska rosyjskie wycofały się w głąb Polski. Austriacy zwrócili konfederatom broń i pozwolili wrócić do kraju.

Straty konfederatów okazały się stosunkowo niewielkie i wynikały w głównej mierze ze zdrady Austriaków i podburzenia chłopów węgierskich. Poległo ich 30, a 14 zostało rannych. Ustalenie strat rosyjskich jest niestety trudniejsze, a raport Drewicza w tym zakresie praktycznie bezużyteczny.

Po bitwie Rosjanie wykopali dół, do którego węgierski chłop ściągał zabitych po austriackiej stronie granicy – było ich 113. Po wspólnej rewizji pobojowiska okazało się, że jest 287 zabitych po obydwu stronach. Do tej liczby należy dodać jeszcze jedną osobę - zmarłego nazajutrz, już w Cigelce, konfederackiego oficera. W związku z tym ogólna liczba zabitych wyniosła 288. Po odjęciu liczby poległych konfederatów wynika, że globalne straty Rosjan pod Wysową wyniosły 258 zabitych. Liczba rannych musiała być bardzo duża. Faktem jest, że Drewicz wygrał tę bitwę, jednak było to pyrrusowe zwycięstwo, okupione ogromnymi stratami. Naoczny świadek obserwujący wejście oddziałów rosyjskich po tych wydarzeniach do Krakowa 11 sierpnia 1770 roku, określił ich widok mianem "wielkiej klęski".

Tak zakończyły się te tragiczne wydarzenia. Sierpień był punktem zwrotnym w konfederackiej kampanii, która przeniosła się dalej na północ w głąb kraju. Konfederaci wrócili pod Izby. Obóz pod Wysową w zasadzie przestał istnieć. To czego nie zdołali zniszczyć ani spalić Rosjanie, rozebrali miejscowi Rusini. Być może istniał tam jakiś posterunek, jednak o tym nie mamy żadnych wzmianek w źródłach.

Pomimo sporej wiedzy zgromadzonej na temat tamtych tragicznych wydarzeń, nadal mało wiemy o ich bezpośrednich uczestnikach. Jednak dzięki jednemu niewielkiemu przedmiotowi, zdeponowanemu w żmigrodzkiej Izbie, jednego z nich możemy poznać z imienia i nazwiska. Otóż w okolicy wieży na szczycie Jawora została znaleziona pieczęć lakowa. Prosta, dosyć typowa jak na owe czasy i wykonana ze stopu słabej miedzi. Udało się jednak zidentyfikować herb na niej umieszczony. Okazał się nim być KORCZAK. Miejsce znalezienia sugerowało, że należała ona do oficera Pułaskiego. Przeanalizowałem więc nazwiska żołnierzy i herby odpowiadające ich rodom. Okazało się, że herb Korczak pasuje tylko do jednego człowieka - HIPOLITA KADŁUBISKIEGO.

Z Kazimierzem Pułaskim spotkał się pod koniec lipca 1768 roku, w Kamieńcu, gdzie ten ściągnął po złożonym recesie. Następnie, już w Okopach Świętej Trójcy, walczył ramię w ramię z Panem Kazimierzem. Również pod jego dowództwem uczestniczył w odsieczy Koniecznej, obleganej przez Jełczaninowa w kwietniu 1770 r. W bitwie tej sprawił się dzielnie, za co został wyróżniony przez Generalność. Jego obecność w tym starciu świadczy o tym, że służył w obozie pod Izbami. Prawdopodobnie i w sierpniu nie odstąpił swego dowódcy i wraz z marszałkiem łomżyńskim w ostatnich dniach lipca 1770 roku przeniósł się do obozu pod Wysową, gdzie stawił czoła Rosjanom. Później ich drogi rozeszły się. Pułaski ruszył w głąb kraju pod Częstochowę, a Kadłubiski pozostał w górach, gdzie trwał na swoich pozycjach do samego końca Rzeczypospolitej. Jako jeden z ostatnich, z dywizją Rudnickiego, dopiero 20 maja 1772 roku pociągnął na północ w kierunku Jedlicza i Glinika.

Do naszych czasów pozostało jeszcze wiele niewyjaśnionych tajemnic do rozwiązania, do których zaledwie zbliżyliśmy się. Chyba największą z nich są miejsca pochówku ofiar bitwy. Jedynie co do jednego konfederackiego oficera, który zmarł od ran w Cigelce, możemy domniemywać, że został pochowany na tamtejszym cmentarzu. Niestety co do pozostałych 29. nie mamy żadnych informacji.

Wiemy również o zbiorowej mogile w której spoczęło 113 Rosjan. Musiała powstać również druga skrywająca pozostałych 145 poległych. Moim zdaniem obydwie znajdują się po polskiej stronie granicy. Drewicz na pewno nie chciał pozostawiać na austriackiej ziemi dowodów świadomego naruszenia granicy. Rosyjski dowódca nie stracił żadnego swojego oficera. Kilku zostało rannych, ale żaden nie zginął, ponieważ musiałby o tym wspomnieć w raporcie i sprawić pochówek, w przeciwieństwie do szeregowych żołnierzy, których w tym czasie Rosjanie na ogół nie chowali. Ciała poległych po prostu wrzucano do pobliskiej rzeki, jak po bitwach pod Tyńcem, czy Pilznem. Dlaczego więc tak wspaniałomyślnie postąpiono w tym przypadku? Myślę że chodziło po prostu o ukrycie rozmiaru strat.

Do tych niewyjaśnionych zagadek można zaliczyć również inskrypcję w wysowskiej cerkwi. Obarcza ona winą konfederatów za jej spalenie w 1771 roku. Takiego przebiegu zdarzeń nie potwierdzają żadne źródła. W tym roku i w latach następnych aktywność konfederatów w tym rejonie była raczej niewielka. Trudno też doszukać się dowodów na złe stosunki między wojskiem Generalności a mieszkańcami Wysowej. Raczej wprost przeciwnie. Natomiast takie postępowanie nie było niczym dziwnym dla Drewicza, który palił, plądrował i dopuszczał się szczególnego bestialstwa podczas swoich rajdów po Polsce.

Mam nadzieję że przyszłość przyniesie nam wyjaśnienie wielu niejasności związanych z tym trudnym dla naszej Ojczyzny rozdziałem historii.


opracowanie: Maciej Śliwa
opublikowano za zgodą Autora

fot. Dariusz Zając

-----------------------------------------

Śliwa M., Obóz konfederatów barskich pod Wysową, Płaj nr 51, ss. 57-76. Osoby zainteresowane odnajdą tam odniesienia do źródeł wykorzystanych do stworzenia opracowania.


Ostatnia aktualizacja:
   22-01-2017 22:13:16

wróć do strony głównej Konfederacji Barskiej

stat4u