Poniższy artykuł pierwotnie ukazał się w Almanachu Karpackim „Płaj” nr 27/2003 (jesień),
wydawanym przez Towarzystwo Karpackie. Opublikowano za zgodą redakcji.

ZARDZEWIAŁA ŚMIERĆ

„Saperska bowiem praca
To rozkosz a nie męka
Kto nie służył w saperach
Z zazdrości niechaj pęka”

Przełęcz Dukielska – jedna z wielu przełęczy karpackich – to niepozorne w terenie, ale ważne strategiczne przejście na drugą stronę Karpat. Tędy przez największe obniżenie (500 m n.p.m.) w całym łuku Karpat, biegł stary szlak handlowy z Krosna przez Duklę do Humennego, Preszowa i Koszyc. Był znany już w XIV w., miał rangę równorzędną ze szlakiem prowadzącym przez przełęcz nad Jaśliskami. Dogodne przejście było wykorzystywane przez wszelkie wojska działające na tym terenie. W 1769 r. koncentrowały się tu wojska konfederatów barskich pod dowództwem K. Pułaskiego. W 1772 r. przeszły tędy wojska austriackie wprowadzające własny ład na ziemiach I zaboru. Później w 1849 r. ciągnęły tędy wojska carskie gen. Murawiowa, mające stłumić powstanie węgierskie. Przywlekły one ze sobą cholerę i inne choroby zakaźne, które rozlawszy się po okolicy zabrały setki istnień ludzkich. W czasie I wojny światowej toczyły się tu zażarte boje na bagnety. II wojna światowa przetoczyła się z niszczycielską furią w czasie operacji dukielsko-preszowskiej jesienią 1944 r. Tędy właśnie wojska Armii Czerwonej i Korpusu Czechosłowackiego wdarły się na teren Słowacji. Straty w zabitych, zaginionych, rannych szły w dziesiątki tysięcy. Wszystkie walczące strony zapłaciły wielką daninę krwi za tą wojenną awanturę.

Po przejściu linii frontu w rejonie przełęczy i całym Pogórzu zostały kilometry zasieków, okopy, rozległe pola minowe. Jak wielka to musiała być plaga dla tej ziemi, niech świadczy choćby to, że jeszcze dzisiaj wędrując po Beskidzie czy malując szlaki, napotykam niewybuchy bomb, min i pocisków. Co pewien czas media podają informacje o tragediach, jakie wydarzyły się w tym regionie. Kiedy więc będziecie podziwiać urodę Beskidu, wspomnijcie tych, którzy taką wędrówkę uczynili bezpieczną.

Wojska niemieckie, przygotowując się do obrony swych pozycji na przedpolu Karpat i na ich głównym grzbiecie, założyły setki pól minowych. Niemcy stosowali miny własne jak też rumuńskie, węgierskie, czeskie a nawet zdobyczne rosyjskie. Wszędzie zakładano je według wzorów sprawdzonych w całym przebiegu wojny. Wojska radzieckie podczas przygotowań do ataku rozminowywały tylko pozycje wyjściowe, ale często same odgradzały się minami na kierunkach zagrożenia. Ta ciągła praca minerów doprowadziła do tego, że jak później obliczono, na 1 km2 terenu przypadało 9 tysięcy min.

Na terenie Podkarpacia najsilniejszy pas pól minowych ciągnął się od Radomyśla przez Mielec, Dębicę, dolinę Wisłoki, Jasło, Krosno, Duklę do Przełęczy Dukielskiej. Na Słowacji też nie było lepiej, pola minowe ciągnęły się doliną Ladomirovki po Świdnik. Nasycenie terenu minami uniemożliwiało prace polowe rolnikom, którzy na własną rękę próbowali oczyścić swoje pola. Najwięcej takich chłopskich saperów działało w rejonie Dukli, Lubatowej, Rogów, Cergowej. Wielu z nich zapłaciło śmiercią za te próby, wielu zostało kalekami. Wojska radzieckie rozminowały tylko drogi i mosty, budynki przemysłowe. Nie udało mi się dotrzeć do dokumentów na ten temat. Może ich nie przekazano stronie polskiej. Może jedyną wskazówką był napisy: „min niet”.

Na skutek silnego nacisku ludności wiejskiej na ówczesne władze, Dowództwo Wojsk Saperskich skierowało na ten teren 13 i 19 Batalion Saperów. To właśnie na tym trudnym terenie ich żołnierze rozpoczęli dzieło odbudowy ojczyzny po zniszczeniach wojennych. Prace minerskie były niezwykle trudne, brakowało planów pól minowych, trafiały się miny pułapki, miny tzw. "nieusuwalne", młodym saperom brakowało doświadczenia. Wielkie napięcie nerwowe podczas pracy na polu minowym odbijało się mocno na psychice żołnierzy. Było już przecież po wojnie, a oni ciągle byli na froncie. Często płacili krwią. Tylko na terenie powiatu jasielskiego od lipca 1945 do września 1946 zginęli: ppor. Kazimierz Dutkowski, plut. Edmund Zagacki, kpr. Mieczysław Mioduszewski, kpr. Stanisław Lejek, dwaj bracia st. saperzy Wacław i Władysław Kamińscy, plut. Jerzy Werner, plut. Zbigniew Kochański, sap. Wacław Romanowski, st. sap. Stanisław Kaczmarek - to wykaz strat tylko 19 Batalionu Saperów podczas rozminowywania Niegłowic, Jasła, Warzyc, Brzostku, Szebni i Chrząstówki. Pochowano ich na cmentarzach komunalnych lub parafialnych.

Strofy pięknej ballady o saperach mówią:

„Tylko matki saperów czekały
Tylko matki saperów płakały
Bo dla saperów nie skończył się bój
Śmierć wszystko zabiera - nawet ciało sapera
Naszym synom saperom choć raz jeszcze
pomylić się daj”

Szukając materiałów do tego artykułu natrafiłem na duże trudności. Dla większości urzędów i instytucji to temat dawno zamknięty. Można powiedzieć wręcz, że tabu. Nie byłoby tego tekstu, gdyby nie przychylność sapera w stanie spoczynku p. Edwarda Tylla. To właśnie dzięki niemu udało mi się zrozumieć specyfikę niebezpiecznej pracy minera. Przeszedł On szlak bojowy od Przemyśla, walczył pod Warszawą, na Wale Pomorskim, pod Kołobrzegiem. Po ukończeniu szkoły oficerskiej walczył z UPA w Bieszczadach, by w końcu rozminowywać Podkarpacie i nie tylko. Jego znajomość ludzi i tematu była dla mnie niezwykle cenna. Sam, pełniąc funkcje dowódcze, nie rozbrajał min, ale swym podwładnym i towarzyszom broni zapewniał warunki bytowe i bezpieczeństwo przy pracy. Miał możliwość obserwowania swych żołnierzy w najtrudniejszych chwilach, w dniach smutku i wesela.

Aby przybliżyć realia w jakich przyszło działać wtedy saperom przytoczę tu ich wspomnienia. Wśród ich autorów są prawdziwi rekordziści w liczbie rozbrojonych min. Dlatego przy ich nazwisku podam w nawiasie liczbę, by uzmysłowić ile razy narażali swe życie.

Absolutnym rekordzistą w rozminowywaniu był saper Stanisław Kopeć (240 000 rozbrojonych min). Był jednym z podwładnych kpt. Tylla. Nigdy nie opuściło go żołnierskie szczęście - nie pomylił się ani razu. Tak sam wspominał. Jednak kpt Tyll jest innego zdania i przytacza swe wspomnienia:
„W 1950 r. Szef Wojsk Inżynierskich Wojska Polskiego gen dyw Jerzy Bordziłowski wydał specjalny rozkaz, który określał sposób prowadzenia rozminowywania terenu. Oficer prowadzący i dowodzący akcją rozminowywania nie miał prawa wejść na pole minowe podczas pracy saperów. Jego stanowisko dowodzenia winno znajdować się nie bliżej jak 50 m od granicy pola minowego, a pracę saperów powinien obserwować przez lornetkę. W wypadku oficera na polu minowym ponosił on osobistą odpowiedzialność za swój czyn. W listopadzie 1950 r. własnoręcznym podpisem potwierdziłem, że zostałem zapoznany z treścią rozkazu! Kiedy więc Kopeć mówi, że nigdy się nie pomylił muszę zaprotestować. Pomylił się raz - o czym opowiem.

W 1952 byłem na stanowisku szefa saperów 14 pułku piechoty w Tarnowie. Dowódcą plutonu był sierżant Stanisław Kopeć. Na przełomie lutego i marca otrzymałem rozkaz wyjazdu do miejscowości Łupków w Bieszczadach, celem rozminowania tunelu kolejowego między Polską a Czechosłowacją. Dodatkowo otrzymałem niemiecki formularz pola minowego z sierpnia 1944 na którym była wypisana nazwa Lupek. Skojarzono ją więc z Łupkowem. Po przyjeździe do Łupkowa ja zająłem się sprawami organizacyjnymi, a sierżant Kopeć z drużyną udał się na rozpoznanie terenu wokół tunelu. Po około 3 godzinach sierżant Kopeć wrócił z patrolu i zameldował mi, że nie znalazł tam min, a teren sprawdził dobrze. Na drugi dzień chcąc mieć pewność, że na tym terenie min nie ma, udałem się z sierżantem Kopciem na miejsce przez niego sprawdzone. W pewnym momencie zatrzymałem się, w celu sprawdzenia posiadanego formularza pola minowego z terenem na którym staliśmy. Okazało się, że ten zdobyty gdzieś we Francji na Niemcach dokument nie pasuje do tego miejsca, a więc jest nieprzydatny. Wtedy właśnie Kopeć zauważył, że stoimy wśród min na polu minowym. Spokojnie zameldował mi o tym i wycofaliśmy się po własnych śladach. Ta chwila jego nieuwagi mogła się zakończyć dla nas tragicznie”.

Kapitan Tyll wspomina tragedię, jaka wydarzyła się w Polanach:
„Otrzymałem rozkaz całkowitego rozminowania miejscowości Polany w powiecie jasielskim. Dodatkowym zadaniem było sprawdzenie dróg Polany - Huta Polańska - granica państwa i drogi Polany - Baranie - granica. Po przydzieleniu zadań dowódcom kompanii, obserwowałem pracę saperów. Stwierdziwszy, że wszystko odbywa się zgodnie z regulaminem udałem się do Dębicy celem sprawdzenia planu przygotowań do wyjazdu na poligon. Tam otrzymałem meldunek o wypadku na polu minowym w Polanach. Natychmiast zawiesiłem w czynnościach służbowych dowódcę plutonu, na którego odcinku zdarzył się wypadek. Po upewnieniu się, że ofiarę wybuchu przewieziono do Krosna, pojechałem tam wraz z lekarzem jednostki por Kazimierzem Markowskim. Po przybyciu do szpitala, w którym w stanie ciężkim był na sali operacyjnej kpr Wichłacz dowiedziałem się, że już dokonano amputacji prawej ręki do łokcia. Wg lekarzy należało też amputować lewą rękę. Na to nie wyraził zgody por Markowski. W jego opinii wystarczyło amputować tylko dwa palce. Aby wykonać taki zabieg podpisałem oświadczenie, że biorę pełną odpowiedzialność w przypadku komplikacji. Okazało się, że moja decyzja była słuszna. Dłoń została uratowana”.

„Trzydzieści lat później byłem dyrektorem Ośrodka Remontowo-Budowlanego Lasów Państwowych w Jaśle. Dostałem zlecenie na remont i poszerzenie korony drogi leśnej Polany - Baranie. Czyli tam, gdzie byłem ze swymi chłopcami w 1954 r. W kilka dni po rozpoczęciu prac operator spychacza odsłonił skrzynie z pociskami artyleryjskimi. Wstrzymałem pracę, powiadomiłem dowódcę jednostki saperskiej o znalezionych pociskach, prosząc o przysłanie patrolu saperskiego. Gdy po kilku dniach saperzy rozpoczęli tu pracę, zebrali tu 250 pocisków rożnego kalibru. Na podstawie rozmów przeprowadzonych ze starszymi mieszkańcami Polan ustaliłem, że tą drogą wycofywały się wojska niemieckie w sierpniu 1944 r. Ziemia w tajemniczy sposób przesuwa śmiertelne zagrożenie ku powierzchni i nagle tam gdzie przeprowadzono orki są niewybuchy”.

Sierżant Kopeć wspomina:
„Było to gdzieś pod Sanokiem... Wezwał nas rolnik. Sygnalizował pocisk w dole na terenie jego posesji. Przyjechaliśmy i wydobyliśmy 150 pocisków! (...) W innym miejscu znaleźliśmy pociski przykryte falistą blachą, obok w drodze na pole którą jeździł właściciel było 5 bomb lotniczych po 100 kg każda. (...) Potem przyszła Przełęcz Dukielska, zdeptaliśmy Duklę, Polany, Krempną, Hutę Polańską, Grab, Ciechanię. Były to miny na minie. Dosłownie i w przenośni. Stosowano tu piętrowe minowanie. Jeżeli pole minowe było zakładane zimą w śniegu, to wiosną miałem miny jak na tacy. Te zakładane latem można było odszukać tylko przez wypatrzenie lekkiego wybrzuszenia terenu. Pierwszą z góry zdejmowało się łatwiej, ale ostrożnie. Potem jednak dolną ciągnąłem kotwiczką, nawet na 50 m. Nigdy nie wiedziało się, jak jest nastawiony zapalnik i kiedy wybuchnie. Najgorsze były niemieckie miny RMi - prawie metr długości i pięć zapalników. Jak łatwo o pomyłkę. Nawet jeżeli rozbroiło się 4 zapalniki, to ten piąty mógł spowodować eksplozję. Dlatego tych min się nie przewoziło, wysadzaliśmy je na miejscu. Jednego razu gdzieś pod Jastrząbką, saper pociągnąwszy za wystający drut spowodował wybuch całego pola minowego nastawionego na nieusuwalność. Udało mu się – przeżył! Wielu jednak przez brawurę, nieprzestrzeganie przepisów zapłaciło najwyższą cenę.
Brakowało nam doświadczenia w obezwładnianiu min. Nie było początkowo planów pól minowych, jak i początkowo nie wiedziano gdzie te pola są rozmieszczone, a najwyżej znano ich położenie fragmentarycznie. Początkowo nawet ustalano nam normy dzienne, ale wkrótce wycofano się z tego pomysłu. Sami już wypracowywaliśmy sobie harmonogram prac. Rozminowywanie trwało tylko do godz. 14.00, a potem likwidowaliśmy zebrane niewybuchy lub je rozbrajaliśmy uzyskując materiał wybuchowy. (...) Pod Krempną, Polanami wśród pól minowych stały popalone czołgi. Gdy chciało się do nich podejść, to trzeba było rozminować drogę. Smutny był to widok, szkielety ludzkie w czołgach, a było to już kilka lat po wojnie. Były to czołgi rosyjskie, czechosłowackie. Było dużo min pułapek, między innymi te zdradliwe RM 43. Dużo roboty mieliśmy w Krempnej, Hucie Polańskiej. Później działaliśmy na przedpolu Karpat w rejonie Róży, Zassowa, Grabin, Jastrząbki. Tam jeszcze w latach 1955-56 były całe pola minowe jak pod Krempną. We Frysztaku, w płytkiej studni znaleźliśmy 63 miny przeciwczołgowe, a tuż obok całe skrzynie pocisków artyleryjskich. Musieliśmy to znalezisko wysadzać ratami...”

Saper Kazimierz Galles (15 900 min) wspomina:
„Zastępowałem wtedy dowódcę plutonu. (...) Działaliśmy w rejonie Sandomierza, Dębicy, potem w górach pod Sanokiem, Duklą, Rabką. Ludzie z całej okolicy naznosili nam, nie bacząc na śmiertelne niebezpieczeństwo min, pocisków, bomb, amunicji. Było tego kilka wagonów. Ludzie chcieli wyjść w pole do orki, a tu niewybuchy. Dowództwo dało termin 20 dni. Liczę i kombinuję jak to draństwo wysadzić. Bałem się o domy i wiadukt kolejowy. Jednak postanowiłem zaryzykować, wysadzając to wszystko jednocześnie. Ogłosiłem ludziom we wsi... Wczesnym rankiem będę wysadzał. Nie kręcić się, nie wychodzić z domów. Podporządkowali się... Teraz zacząłem pracować sam. Kostka trotylu na stos, sznur Bickforda na 20 m - mam 200 sekund na ukrycie się. Dopadłem do schronu. Cisza, nic, nic. Co za licho? Czego nie wybucha? Zgasł sznur czy co? Nagle błysk, straszliwy grzmot i uderzenie fali powietrza. Potem jak sprawdziliśmy ścięła ona las na co najmniej 100 m. Nie było żadnego śladu po tym całym żelastwie. Aż się sam zastanawiałem, gdzie się podziało...
Pracowaliśmy w straszliwym napięciu. Rano do roboty kroczyliśmy milczący, mieszkańcy wsi po południu wiedzieli, że jak wracamy ze śpiewem, to znaczy, że wszyscy żyją, jak głowy mieliśmy spuszczone, to znaczy, że znów był wypadek... Człowiek musiał być gotowy na wszystko. Najgorsze były skaczące miny - Springminen. Miały wagę 4,5 kg, 340 odłamków ciętego drutu. Wybuchała nad ziemią, na wysokości 1 metra, raziła w promieniu 80 m. Część górna była na wierzchu, rozbroiło się ją, ale druga część pozostawała w ziemi. Eksplodowała z niewielkim opóźnieniem i dopiero robiła krzywdę. Na jednym polu rozbroiłem ich 140...
Na niektóre pola mieliśmy plany. Gdzieś je tam zdobyto na Niemcach, albo nasi odtworzyli i sprawa była prosta. Taki a taki system minowania, idź i miej plan w głowie. Najgorsze były te, na które nie było planów. Nie wiesz, gdzie niemieckie, gdzie ruskie, najgorzej było na przyczółku sandomierskim i Przełęczy Dukielskiej. Tu wojenna kotłowanina trwała pół roku. Był czas na minowanie przez obie strony. Potem ofensywa ruszyła, a miny zostały. Ot, pole jak pole. Może już rozminowane? Widzimy jak pędzą zające, a za nimi eksplodują miny, jedna za drugą. Wystarczyło dla przeciwpiechotnej aby ją zwierz dotknął...”

Saper Stanisław Bzoma (10 400 min) wspomina:
„Pomaszerowaliśmy do Tarnowa, tu określono nam zadanie. Ja byłem wtedy dowódcą drużyny. (...) Posłano nas na Przełęcz Dukielską. Nazwali ją wtedy „Przełęczą Śmierci”. Trupów tam było... radzieckich, niemieckich, czeskich. A min... Drogi były rozminowane. Ale w górach pełno. Niemieckie, ruskie, węgierskie. Te ostatnie były bardzo czułe na wszelkie uderzenia. Najwięcej jednak było tych skaczących naciąganych drutem. Myśmy je nazywali „pomsta”, bo to była radziecka mina POMz 2. Na Przełęczy Dukielskiej byliśmy około miesiąca, potem alarmowo przesunięto nas w rejon Dębicy. Tam praca była lżejsza. Ale w górach był ciężko... Znosiło się miny na płaszczyzny i tam wysadzało wieczorem. Z wyjątkiem tych RM 1. Bo te musieliśmy wysadzać na miejscu. Każdy z nas znał miny niemieckie, ruskie, węgierskie, a nawet rumuńskie. Czasem jednak musieliśmy się uczyć. Życie sapera przypominało o tym. Spotykaliśmy na Przełęczy Dukielskiej trupy ludzi, saren i innych zwierząt. Widzieliśmy już tylko szkielety, bo był to prawie rok po walkach, ale ze szczątków mundurów mogliśmy odczytać jakiej narodowości był ten żołnierz. W czołgach było pełno załóg”.

Saper Igor Szpeniuk (11 125 min):
„Gdzieś nad Hyrową, na wzgórzu nad cerkwią znaleźliśmy w okopach metalowe beczki. To Niemcy spuszczali je atakującym od dołu Rosjanom. W środku był materiał wybuchowy. Te, które nie wybuchły, rozbrajaliśmy uzyskując około 100 kg materiału wybuchowego na sztuce. Przydał się później przy innych saperskich pracach...”

Saper Edward Motyka (11 000):
„Rozminowywałem z patrolem rejon Odrzykonia. Mina na minie, wszystko pomieszane. Ale udało się. Już mieliśmy wracać, gdy dopadł nas rozkaz. Do Huty Polańskiej. Tam wśród lasów mieliśmy rozbroić miny wokół dawnej strażnicy KOP. Już przy końcu prac ktoś ze służby leśnej poprosił o sprawdzenie drogi leśnej prowadzącej w kierunku Ciechani. Zaraz przy skręcie z drogi głównej rozbroiliśmy sześć min przeciwczołgowych tak ułożonych, że wybuchłyby gdyby czołg ściął zakręt. Umieliśmy już czytać sytuację bitewną na podstawie min i zrozumieliśmy, że ta załoga, która tu przeszła, miała żołnierskie szczęście i nawet nie wiedziała o śmiertelnym zagrożeniu. Dalej było czysto i już mieliśmy wracać, gdy zwiad zasygnalizował miny. Było to w wąskim gardle pomiędzy górami, gdzie po lewej za potokiem były pozycje obrony Niemców. Przed nami grząskie bagno, po prawej wysokie skarpy. Dużo amunicji, niewybuchów, sprzętu. Pośrodku tego czołg radziecki. Ten który uniknął min. To po jego śladach bezpiecznie tu doszliśmy. Był częściowo rozerwany, szczątki załogi, dużo pocisków armaty czołgowej. Chyba najechał na minę. Od strony bagna dużo min ułożonych w stos. Były i te zdradliwe. Obłożyliśmy kostkami trotylu. Szybko oddaliliśmy się. Ziemia zatrzęsła się, huk zwielokrotnionym echem odbił się w lesie. Musieliśmy powtórzyć jednak wysadzanie, gdyż nie wszystkie pociski wybuchły ... Pamiętam były tam takie metalowe miny przeciwczołgowe TM - Piltz 43. Miała taką przykrywkę ze skalą z czerwoną kreską. Chcąc ją rozbroić trzeba było nastawić strzałkę na zero...
Pracowaliśmy zawsze do pierwszego śniegu, mozolnie sprawdzając każdy skrawek ziemi. Wtedy dysponowaliśmy zupełnie innym sprzętem niż dzisiaj i dlatego ziemia wciąż kryje niewybuchy. Prymitywny „szczup” czyli macka, to nasz podstawowy sprzęt do wyszukiwania min. Wielu z naszych zapłaciło najwyższą cenę za chwilę słabości czy nieuwagi...”.

Mam nadzieję, że zebrane tu wspomnienia, dotyczące tylko skrawka naszej ojczyzny, oddają dobrze realia pracy sapera. Pracowali i ginęli na polach i lasach. Pozostali na zawsze w tej ziemi. Ich mogiły znajdziemy na cmentarzu komunalnym w Jaśle, parafialnych w Brzostku i Szebniach, cmentarzu ofiar faszyzmu w Warzycach. Opiekują się nimi miejscowe społeczności. Jednak pamięć ludzka jest zawodna, problemy życia codziennego zacierają echa tamtych dni. Większość bohaterów tego artykułu już nie żyje. Można by tu zapytać jak ich pracę oceniano wówczas. Gratyfikację pieniężną wypłacano według kryterium: za 500 min - 200 zł, 1000 min - 500 zł. Wyróżniający się saperzy mieli pierwszeństwo w skierowaniu do szkół oficerskich i podoficerskich. Za rozbrojenie 3000 min byli odznaczani Brązowym Medalem „Zasłużony Na Polu Chwały”. Ich dowódcy mogli być odznaczeni Krzyżem Walecznych, gdy drużyna unieszkodliwiła 30 000 min. Już dużo później kilku z nich odznaczono Krzyżem Kawalerskim.
Społeczeństwo powiatu jasielskiego w podzięce za rozminowanie regionu ufundowało sztandar dla 19 Samodzielnego Batalionu Saperów. Z Gałkówka k. Łodzi, gdzie stacjonował wtedy batalion przyjechała delegacja w składzie: dowódca jednostki - kpt. W. Gruk, ppor. W. Maślany, ppor. E. Tyll. W dniu 22 lipca 1948 r. wręczenia dokonał na rynku w Jaśle pierwszy burmistrz Jasła - Józef Krzyżowski. W sierpniu 2000 r. na terenie jednostki wojskowej obecnie 13 Pułku Saperów w Dębicy, został odsłonięty pomnik poświęcony saperom, którzy oddali swe życie w walce z minami i niewybuchami. Wśród nazwisk poległych jest nazwisko sapera rekordzisty - Stanisława Kopcia. Pomnik odsłonił prezydent RP Aleksander Kwaśniewski.

Innych miejsc upamiętnienia nie ma w naszym regionie. Tymczasem na Przełęczy Dukielskiej już po słowackiej stronie, zaraz po minięciu ostatnich szlabanów z prawej strony drogi, do niedawna, stała betonowa ściana, na której opisano wysiłek saperów. Na niej w liczbach podano ilości zebranych min, bomb, pocisków. Dziś tamtego pomnika już nie ma. Stanął tu nowy - na jego granitowym licu wykute dwie saperskie dłonie trzymające minę przeciwczołgową. U stóp dane liczbowe. Kilka metrów dalej, tuż przy chodniku pęknięty głaz z tablicą. To tu na skutek wybuchu miny z opóźnionym działaniem zginął dowódca 1 Brygady Korpusu Czechosłowackiego gen. Sazavsky. Tak Słowacja upamiętniła swoich żołnierzy. Nieodległe mauzoleum poległych, skansen sprzętu bojowego, cmentarz Niemców w Niżnim Komarniku, pobojowisko w słowackiej „Dolinie Śmierci” w rejonie Kapisowej, symboliczny pomnik przy drodze do Świdnika - to echa wojennej wrzawy, wciąż jeszcze odbijające się wśród beskidzkich buków.

Saperom rozminowującym Podkarpacie poświęcam
Roman Frodyma

fot. Dariusz Zając


Ostatnia aktualizacja:
04-11-2016 12:04:58

wróć do strony z artykułami

stat4u